Mejl w spamie podnoszący ciśnienie i chęć nieodpowiadania i udawania, że nigdy do mnie nie trafił.
Potrzeba przeleżenia w łóżku tego dnia, tygodnia, nierozmawiania na żadne istotne tematy, picia alkoholu i nie przejmowania się niczym. Kiedyś myślałam, że to mija, wcale nie mija, ja wcale nie obojętnieję, ja tylko udaję.
Była spontaniczna impreza z powrotem do domu wczesnym popołudniem.
Były fantastyczne spotkania, rozmowy przy winie i wszystko to, czego dziewczynie w grudniu brakuje. Dużo książek. Świeczki. Filmy. Dziesiątki ciekawych i intratnych zleceń i propozycji.
Nie chciałabym dzisiaj być nigdzie indziej, z nikim innym.
the more you try to erase me the more that I appear
Od rana do nocy ciemno. Gorączka przesłania świat, obijam się o sprzęty domowe, na nic nie mam ochoty i wszystko drażni.
Przez 1,5 miesiąca ciężka praca z jednym wolnym weekendem i narastająca ochota na wielkie wyjście z wielką popijawą i powrót do domu nad ranem.
Uświadomiłam sobie wczoraj, że o ile o większości ludzi mam po prostu złe zdanie, często totalnie bezpodstawnie lub znacznie na wyrost, to są też ludzie, których idealizuję do bólu, tłumaczę przed sobą samą i każdą fałszywą monetę przyjmuję z taką samą zachłannością. Coś jest nie tak.
Kulturalnie poczekałam do 12, by zacząć pić prosto z gwinta drogie wino w wielkim słońcu. Nigdy nie było takiej jesieni.
Podobno jestem osobą, której nie ma czego życzyć, bo już wszystko mam. Jeśli chodzi o moje życzenia dla siebie samej, to życzyłabym sobie pamiętać o tym fakcie częściej. Lub przynajmniej rzadziej o nim zapominać.
No i tak to. Przez pogodę zapomniałam o depresji jesiennej. Przez pracę zapomniałam o depresji urodzinowej. Facebook ciągle mnie oszczędza i nie pokazuje byłych wielkich miłości w sugerowanych znajomych. Właściwe barwy jakby coraz częściej pojawiają się we właściwych miejscach, choć czasem ciągle czuć tego psa.
Przez cały miesiąc totalny brak potrzeby pisania i mówienia o sobie tutaj.
Rozważanie otrzymanej propozycji w sobie, po czym opowiadanie o podjętej decyzji niemal wszystkim - w tramwaju, na gg, przez telefon. Utwierdzanie się w podjętej decyzji, tyleż bezskuteczne, co kompulsywne.
A dziś, jak to przed świętami przecież bywa, wielka ochota na alkohol pity w nielimitowanych ilościach w najbardziej absurdalnych miejscach. I nawet Last.fm próbuje udawać, że totalnie nic się nie zmieniło, że tych wszystkich lat nie było i puszcza mi - jak gdyby nigdy nic - Alanis Morissette.
dzisiejsze dziesięciolecie jest najlepszym dowodem na fakt, że naprawdę mało się uczę i raczej powoli i jeśli czasem udaje mi się nie zachować jak konkursowa kretynka, to zasługa leży jedynie w moim rozbuchanym ego i dumie własnej.
Czasami potrafię udać, że nie jestem sentymentalną gęsią i najspokojniej w świecie stać z J. na parkingu przytakując mu - tak, faktycznie, przeleciało. No, przeleciało.